ALEKSANDER JEŁOWIECKI
MOJE WSPOMNIENIA 1804 – 1831 – 1838
(wyjątki)

Ofiara
mszy świętej, wzbudza tajemnicze poszanowanie i w tych nawet, co jej dobrze nie
rozumieją: pierwszy raz służąc do mszy, byłem mocno wzruszony, uczestnictwo do
tej świętej ofiary przejmowało mię niepojętym uczuciem, które mię nad dziecko
wynosiło; była to jedna ze stanowczych chwil w życiu mojem.
Po mszy
Józef Borzęcki, mieszkający wówczas w domu moich rodziców,
dał mi w nagrodę bardzo piękne i doskonałe jabłko, a tak pamiętam urodę i smak
tego jabłka, jakbym jadł je w tej chwili. Ten pan Józef był wujem młodych
Lipkowskich (syn
Ignacego i
Marjanny z
Kadłubskich, brat
Anny z
Borzęckich
Józefowej Lipkowskiej), sąsiadów i rówieśników, później towarzyszy
szkolnych i przyjaciół naszych; poważny już wiekiem, był siły i czerstwości
niesłychanej, miły w towarzystwie, doskonały myśliwy, wesół zawsze i krotofilny,
uprzyjemniał nam bardzo rozmaitemi figlami wiek dzieciństwa naszego, a później
młodości naszej. - On nas sadzał na konie, on sam nabijał Krócice, on nas uczył
skakać i biegać, on nas na ręku często wszystkich trzech przynosił śpiących od
znużenia długą przechadzką po górach i skałach, on mi otworzył nożyk, który mi
usta przymknął, on mi wyjął kindżał, którym się do ziemi przybiłem; czemuż
zawdzięczając mu tej przychylności nie dostało mi się odbić moskiewskich grotów,
co ugodziły w pierś jego, gdy we dwadzieścia lat później obok mnie zginął
śmiercią bohatera, i tym przykładem zapieczętował nauki, które nam od
dzieciństwa dawał życiem poczciwem a Bogu i ludziom miłem.
W końcu listopada 1830 roku zjawiła się u nas cholera, a że myślano, że jest zaraźliwa, zaczęto pić miętę i ocepiać wsie, gdzie się ta słabość objawiła; trwoga morowa zaszumiała w powietrzu i choć niedługo, ale był strach wielki. W Zawadówce u Leona Lipkowskiego była cholera; szanowana jego matka Anna z Borzęckich w strachu i pan Leon w strachu; wujaszek ukraiński, Józef Borzęcki, już chce się wynosić ze wsi do swojej pasieki, choć pszczoły dawno śpią w stebniku i nieprędko wstaną. Przyjeżdżam do Zawadówki z puzderkiem Le Roy, leczyć cholerę; a w parę godzin pędzi goniec, i na przewozie opowiada koniuszemu o tem, co się stało w nocy 29 listopada w Warszawie. Koniuszy zadyszany przylatuje do dworu, wywołuje swego pana: za parę minut wpada pan zaperzony: Powstanie w Warszawie! Na te słowa taki nas ogień przeniknął, jakbyśmy tam byli. Porwaliśmy się od stołu jakby na koń siadać; a jak kiedy kto matkę od lat wielu niewidzianą, nie wie jakim słowem powitać, a rzuca się w jej objęcia i płacze; tak i my zaczęliśmy się serdecznie ściskać; łza radości błyszczała w oku, a piersi zawrzały ogniem wojny.
Z końcem
kwietnia 1831 roku zebraliśmy się w Krasnosiółce majętności Lipkowskich. Było
nas tam około 1000 jazdy i kilkaset piechoty. Dzięki staraniom okolicznych
obywatelów, a w szczególności Sobańskich, Jełowieckich i Rzewuskiego mieliśmy
kilka armatek i kasę dobrze zaopatrzoną. Dnia 5 maja obraliśmy naczelnika
powstania. Został nim siedemdziesięcioletni już wtedy Benedykt Kołyszko. Mimo
wieku mówiła o nim wojenna sława, przyjaźń Kościuszki i odbywane szczęśliwie
boje pod jego dowództwem, a na koniec miłość bez granic do ojczyzny. Dnia 7 maja
zaprzysięgliśmy wierność Ojczyźnie i posłuszeństwo naczelnikowi Kołyszce; 11
maja wyruszyliśmy kierunku Granowa. Na noc zatrzymaliśmy się pod wsią
Ziatkowice; 12 maja w Granowie doszły nowe oddziały Włodzimierza Potockiego z
Daszowa i Jana Zapolskiego z Humańszczyzny. Nasze siły powiększyły się do około
3000 zbrojnych. Podzieliliśmy je na 17 szwadronów zwanych pułkami gdyż miano je
dopełniać nowo formującymi się oddziałami.
Pod wsią
Gródkiem, na pół drogi z Granowa do Daszowa jenerał rozkazawszy, aby wojsko
dążyło wprost do Daszowa, udał się ze mną na prawo przez inne wioski dla
rozpoznawania położenia z tej strony. Objechawszy je spiesznie, stanęliśmy w
obozie właśnie kiedy doń dochodziła przednia straż nasza. Jenerał obejrzał i
pochwalił wytknięcie obozu, i już w nim ustawiał pierwsze szwadrony, kiedy o
milę od obozu, przy naszej tylnej straży, zagrzmiały nieprzyjacielskie harmaty.
Jenerał rozkazał memu bratu z dwoma szwadronami czekać dalszych rozkazów w
obozie, a ze mną pośpieszył na pole bitwy.
Bitwa ta poczęła się między czwartą a piątą po południu. Siły nasze
ogromnym smokiem przeszło milę ciągnęły się po równinie od Gródka aż za Daszów,
a równina jak gdyby ją wybrał na bitwę dla jazdy. Najwaleczniejszy kapitan
Pobiedziński zamykał nasz pochód i strzegł go od niespodziewanego napadu.
Oddział wracający z Lewuch pierwszy spostrzegł kilkudziesięciu ułanów
moskiewskich, rozproszył ich śmiałem natarciem i w porządku wracał ku nam,
prowadząc konie zabrane w Lewuchach. Nieprzyjaciel ochłonąwszy z przestrachu,
całemi siłami wystąpił z tej wsi na ową ogromną równinę. Wojsko moskiewskie
składało się z trzech pułków ułanów i miało cztery harmaty; dowodził niem
jenerał Rot, Francuz. Uszykowawszy swe pułki posuwał się ku nam powoli, stanął
nakoniec i zaczął do nas z bardzo daleka grzmieć z harmat, myśląc, że powstańców
rozgromi hukiem samym. Dwa najbliższe szwadrony nasze rzuciły się na
nieprzyjaciela; Wtedy właśnie jenerał Kołyszko pędził już na pole bitwy z
dwunastu szwadronami, co lecąc szerokim półksiężycem, już już miały obwinąć i
zabrać nieprzyjaciela z jego jenerałami i harmatami; Orlikowski spostrzegłszy
to, a nie śmiejąc odważyć się z młodym żołnierzem na krok zuchwały, chciał
wycofać z pod kartaczów szwadrony swoje i zachować je nietknięte do ogólnego
uderzenia. Myśląc, że to sprawa z wyćwiczonym żołnierzem, rozkazał odwrót;
Zabójczy popłoch zatrząsł obydwoma szwadronami naszemi, zachwiały się, i
pierzchnęły w stronę, skąd im ciągnęła pomoc tak potężna. Nieprzyjaciel nie
dowierzał temu pierzchnięciu i zaczął się cofać. Kołyszko widzi to wszystko, jak
na dłoni, chce uderzenie przyśpieszyć, nagli ruch swych hufców, po pewne
zwycięstwo, ale zetknięcie się uciekających z idącemi do boju, było stanowczą
chwilą niespodziewanej klęski. Wszystkie szwadrony nie przez nieprzyjaciela, ale
przez naszych uciekających rażone, w chwili zetknięcia się z niemi, zwracały się
sposobem opętanym i w największym nieporządku ku miastu uciekały. Piętnaście
szwadronów zamieniło się na jedną czarną chmurę, co się powlokła po równinie,
unosząc z sobą do piekieł naszą siłę, nasze poświęcenie się, nasze nadzieje.
Nadaremne były rozkazy jenerała, nadaremne usiłowania najgorliwszych obywateli;
nawet u wrót miasta nie zdołaliśmy uciekających zatrzymać. Ten się tłumaczył, że
nie ma broni, inny, nic nie mówiąc, ani chciał słuchać.
Izydor Sobański, chociaż mocno słaby, siadł na koń i w tym dniu cudów
waleczności dokazywał. Aleksander Sobański, Potoccy, Bierzyński, Pokrzywniccy,
Dąbrowski, Borzęcki, Jełowieccy i inni co najgorliwsi obywatele widząc,
że już uciekających zebrać niepodobna, że ośmielony nieprzyjaciel coraz bliżej
następuje i lada uderzeniem zniszczy do szczętu siły nasze, sami, w liczbie
około pięćdziesięciu rzucają się na nieprzyjaciela z odwagą rozpaczy; lecą razem
ale bez porządku, kto lepszego ma konia, ten prędzej wskoczył w szeregi
moskiewskie i kłuł i rąbał. Tym sposobem przełamali jazdę, opanowali harmaty,
wdarli się między tłum nieprzyjaciół, a śmierć i postrach wkoło siebie
roznosząc, mordują na wszystkie strony. Bój ten zażarty trwa do nocy. Moskale
zrazu broń rzucali, lecz widząc, że się liczba walczących z naszej strony nie
wzmaga, otaczają ich całą, dwadzieścia razy przemagającą siłą swoją; rycerze
nasi nie zważając na niebezpieczeństwo, mordują a mordują, dopuki widno, i z tą
samą dzielnością, z jaką złamali nieprzyjaciela, wyłamują się z pośród niego i
nieścigani do swoich wracają. Rozpaczające męstwo pięćdziesięciu ocaliło
powstanie od ostatecznej zagłady, której naówczas parę szwadronów dokonać mogło.
Nieprzyjaciel przerażony tem męstwem nie wierzył swemu powodzeniu, klęskę naszą
wziął za oszukanie, a obawiając się zasadzki, bo rozumiał, że nas jest z 15000,
rozłożył ognie obozowe pod Daszowem, a sam cofnął się o milę od pobojowiska. W
tym kilkugodzinnym boju w zabitych i rannych nie straciliśmy więcej jak
czterdziestu. Najboleśniejszą stratę ponieśliśmy przez śmierć kapitana
Pobiedzińskiego, pułkowników: Mikuszewskiego i Hnatowskiego, obywateli:
Zagórskiego, Dąbrowskiego, Biedrzyńskiego i Pokrzywnickiego; drugi Pokrzywnicki,
jako też Tytus i Florjan Jełowieccy ciężko ranni dostali się w moc
nieprzyjaciela. Straciliśmy jednak większą część piechoty, co wysunięta na
przód, mocno raziła nieprzyjaciela, lecz przy rozsypce jazdy umknąć nie
pospiała. Zostawiono także na polu bitwy jedno nasze działo, z którego
Wojciechowski dał był kilka celnych strzałów i trzy wiwatówki powstania
kijowskiego.
Nieprzayjaciel utracił w zabitych i rannych 300 ludzi, a chcąc tę stratę
usprawiedliwić, napisał do cara, że nas 5000 na placu położył.
Piętnastego maja, o godzinie 8 z rana, wyruszyliśmy z Liniec w przeszło pięćset koni i mało co mniej powozów i wozów. Szliśmy ku Winnicy w nadziei połączenia się z powstaniem winnickim, o którem doszły nas były pomyślne wieści. Deszcz silny nie dawał nam iść prędko. Jenerał Kołyszko wyruszywszy równo ze dniem ze stanowiska, na którem nas oczekiwał, jeszcze przed wieczorem szczęśliwie się z nami połączył i natychmiast wróciliśmy pod jego rozkazy.
Dnia 16 maja pozbyliśmy się przecież pewnej części wozów, a stanąwszy na noc w rzadkiej dębinie pod Obodnem, urządzaliśmy nowe szwadrony nasze, jakeśmy mogli.
Dnia 17
maja szliśmy przez Woronowicę do Tywrowa, gdzieśmy się mieli przeprawiać przez
Boh dla złączenia się z powstaniem jampolskiem, o którem nam powiadano, że
ciągnie w te strony. Zbliżając się do Tywrowa, gdyśmy już dochodzili do
Michałówki, dowiedzieliśmy się, że w tej wsi są dwa szwadrony ułanów
moskiewskich, a o małe pół mili stamtąd w Tywrowie, reszta brygady. Na tę
wiadomość jenerał wstrzymał pochód i zebrał radę. Wszyscy byli zdania, że po tak
wielkiej klęsce, jeszcze zawcześnie prowadzić do boju, że trzeba nieprzyjaciela
unikać; a od nieprzyjaciela przedzielał nas tylko las wąski i kawał pola. Mój
brat Edward słysząc to zawołał: - Nie unikać, ale szukać nieprzyjaciela; tym
tylko sposobem podniesiem ducha i powetujem klęskę naszą. Za chwilę z ochoczym
huwcem swoim, do którego przyłączyło się kilku ochotników, wysuwając się z lasu
i z góry ku wsi zstępując, spostrzegł ułanów uwijających się po wsi. Chcąc ich w
nieładzie zachwycić, puszcza się kłusem; ale było za daleko, nim dobiegł, ułani
stanęli w bojowym szyku o sto kroków za wrotami wsi, od strony Tywrowa. Wtedy
było do wyboru, albo ustąpić, albo uderzyć na nieprzyjaciela przez wąskie wrota.
Mój brat spojrzał na Moskali, machnął ręką, spojrzał na swoich, poczym skoczył
na przód; a że miał konia bardzo szybkiego, wyściga swój szwadron przynajmniej o
kroków pięćdziesiąt, i sam jeden rzuca się na nieprzyjaciela, i sam jeden walczy
przez chwilę; w mgnieniu oka zsadził kilku ułanów, traci konia i już pieszo
walczy. Wtedy szwadron jego przez wąskie wrota, jak rzeka do jeziora, wlewa się
na Moskali, miesza się z nimi, ściera się potężnie; obie strony walczą zacięcie
w miejscu, a jak się cały hufiec na Moskali wylał, złamał ich. Moskale
pierzchają, nasi ścigają ich aż do Tywrowa, a co w drodze nie skłuli, albo nie
zabrali, to w Bohu wytopili. Przy końcu bitwy, z
Borzęckim, owym starym
przyjacielem naszym, udało mi się wyścignąć nieprzyjaciela; stanęliśmy pieszo na
hatce, strzelaliśmy szybko, a każdy strzał musiał być trafny. Moskale nie mieli
drogi, i albo od nas ginąć, albo w rzekę rzucać się musieli.
Borzęcki nie
mogąc nastarczyć strzelać, a silny nadzwyczajnie, Moskali, co w ucieczce na nas
napierali, ściągał z konia i do wody wrzucał. Wkrótce też przybyło nam wielu
pomocników.
W tej świetnej potyczce nieprzyjaciel w zabitych i rannych utracił
kilkudziesięciu ludzi, a wzięliśmy mu w niewolę kapitana i dwunastu podoficerów
i żołnierzy. My oprócz jednego zabitego mieliśmy dziesięciu rannych.
Dnia 18 maja, nie mogąc przejść Bohu pod Tywrowem, udaliśmy się niżej Tywrowa, ale wszędzie znajdując przeszkody, umyśliliśmy idąc wgórę, przebyć Boh w Janowie. Zwróciwszy się w tym kierunku, szliśmy noc całą. Ciągła słota, noc ciemna. Znużeni powstańcy usypiali, konie ich także drzemały i rozchodziły się na wszystkie strony; ledwośmy mogli upilnować, aby się to wszystko jako tako kupy trzymało. W takim stanie dochodziliśmy do wsi Obodne.
Dnia 19
maja rankiem tylko co wychodzimy z lasu, a na równinie pomiędzy wsią a lasem już
stoją naprzeciwko nas trzy szwadrony konnych strzelców moskiewskich, i w tejże
chwili dwa ich działa do nas zagrzmiały. Na odgłos dział nieprzyjacielskich
poprzebudzały się drzemiące i pomięszane szyki nasze. Nasz szwadron nieco
porządniej szedł naprzód: reszty nie było czasu zebrać i ustawić; a tylko
kilkaset kroków świeżo zoranej a od deszczu rezgrzęzłej roli oddzielało nas od
nieprzyjaciela. Mój brat Edward dla uniknienia ognia działowego, pędem
błyskawicy na czele swego szwadronu okrąża lewe skrzydło nieprzyjaciela, i
uderza nań z największą gwałtownością. Moskale strzelają, a on w mgnieniu oka
łamie ich i rozprasza. W tejże chwili pamiętając na to, że działa były
postrachem powstańców, przeżegnawszy się, a Bogu duszę polecając, rzucam się
wprost na harmaty, nie oglądając się, czy mam towarzyszów. Dolatuję do
pierwszego działa, a Moskal zapala je. Jak krzyknę:
- Nie
strzelaj, bo zginiesz!
Moskal rzuca lont, a ja zdobywam nabite działo. Tuż za mną wpadli na
działa: Borzęcki, Orlikowski, Tomasz Ciechanowski, Zan, Potocki Józef i
kilku innych. Gdy się to dzieje, Jan Zapolski na czele kilkudziesięciu
ochotników, równie pomyślnie rzuca się na prawe skrzydło Moskali i w puch je
rozbija. Tym sposobem, zaczepieni, nie więcej jak 150 ludźmi, a prędzej jak się
to da opisać, rozpędziliśmy trzy szwadrony Moskali i zdobyliśmy z całym
przyborem dwa działa, z których Moskale parę razy tylko wystrzelić pospieszyli.
Połowa walczących z naszej strony myśląc, że na tem koniec, przy opanowanych
działach pozostała, druga połowa goniąc przez milę za sześć razy liczniejszym
nieprzyjacielem, wytępiła go, albo zabrała w niewolę co do jednego. Przy końcu
pogoni po piętnastu Moskali rzucało broń przed jednym albo dwoma powstańcami.
W tej niepospolitej potyczce kilkudziesięciu nieprzyjaciół legło na
placu, resztę zabraliśmy w niewolę. Między jeńcami naszymi był jenerał Szczucki,
17 oficerów i 299 żołnierzy najdorodniejszych; z całego tego moskiewskiego
wojska uciekł tylko lekarz pułkowy, albowiem jako uczony człowiek zgadł, co
będzie, i pierwszy drapnął. Zdobyczą naszą były dwa działa, cała broń, wszystkie
wozy wojenne, pułkowa cerkiew i lekarnia. Z naszej strony zginął od kartaczów
waleczny kapitan Skurat i dwóch innych powstańców; nadto mieliśmy kilku rannych.
Pojmany jenerał i oficerowie moskiewscy, ochłonąwszy z pierwszego przestrachu,
nie mogli zataić swego zdziwienia, że zgraja buntowników pobiła ze szczętem dwa
razy liczniejszego starego żołnierza.
-
Dwadieścia i sześć lat - mówił Szczucki - służę carowi; byłem w wojnach
francuskich i tureckich, a nic podobnego ani widziałem, ani słyszałem.
Kapitan, dowodzący harmatami tego oddziału, ciągle powtarzał:
- Nie
pojmuję, jakim sposobem to się stało, że kilku ludzi za trzecim wystrzałem
działa zdobyło!
Ale nasz
Borzęcki, człowiek wesoły i dowcipny, wytłumaczył mu, że
to się stało przez niezgrabność, za którą on bardzo przeprasza, bo Polacy zwykle
po pierwszym wystrzale działa zabierają.
Po krótkim
wypoczynku szliśmy dalej w stronę Janowa, w zamiarze przeprawienia się tam przez
Boch i połączenia się z powstaniami jampolskiem i lityńskińskiem, które
znajdowały się w okolicach Baru. Tegosz dnia, przeszedłszy Boh w Janowie,
rozłożyliśmy się obozem zaraz za rzeką, chcąc przynajmniej jedną noc przebyć
spokojnie, i bezpiecznym odpoczynkiem pokrzepić siły nasze. W parę godzin
przyjechał do naszego obozu Wincenty Tyszkiewicz, wracający ze swej podróży do
północnych powiatów Podola, odbytej w celu wskrzeszenia tam powstania.
Tyszkiewicz ostrzegł nas, że Rot z całem wojskiem swojem tuż tuż za nami.
Wymierzyliśmy działa nasze na most, i byliśmy gotowi przeprawy bronić. Późno
wieczorem Moskale przyszli do Janowa, i zaraz dali znać o sobie strzelając do
nas przez rzekę. Oprócz wojska Rota, który już był nad brzegiem po tamtej
stronie Bohu, były jeszcze inne siły moskiewskie na tejże stronie rzeki, co i
my. Kołyszko obawiał się, żeby nas w nocy nie wzięto we dwa ognie, a więc
zerwawszy most, ruszyliśmy na całą noc w zamierzonym kierunku, to jest ku
Barowi. Całą noc, cały dzień następny i drugą noc całą szliśmy ciągle, ale tak
powoli, z powodu owych dróg leśnych i nieszczęśliwego taboru naszego, że przez
ten czas uszedłszy tylko mil sześć od Janowa stanęliśmy na wypoczynek pod wsią
Majdanem. Wieś Majdan leży w głębokim dole między lasami, a raczej wśród lasu,
przeciętego wąską i złą drogą. Gdyśmy po krótkim wypoczynku wyszli w dalszą
drogę, nasza straż przednia była już za wsią, wieś była zapełnioną wozami
obozowemi, tylna straż do wsi dochodziła. W tak niebezpiecznem położeniu
nieprzyjaciel napada naszą straż tylną, która z początku dała mu silny odpór,
ale przed całą jego siłą ustąpić musiała. Wiele wozów nie pospiało jeszcze
wydobyć się ze wsi, a wiele ich było już w lesie za wsią; przednia straż daleko
naprzód wysunięta, a odcięta od reszty sił naszych wozami, które wąską drogę w
lesie zupełnie zawaliły, nie mogła dość prędko zawrócić się i do boju
pospieszyć; zaledwie był czas wydobyć z wąwozu i na stosownem miejscu postawić
działa nasze.
Po ustąpieniu naszej straży tylnej, wieś i pozostałe w niej wozy dostały
się w ręce nieprzyjaciela; na tych wozach byli też nasi ranni, z których większą
część Moskale zamordowali. W stanowczej chwili tej bitwy z naszej strony nie
było, jak stu walczących i dwa działa pozostawione zaraz za wsią, na małej
halawce wśród lasu. Nieprzyjaciel szedł na nas kilku oddziałami przez wieś, i
poza wieś; ile razy szwadrony jego na halawę przez nas zajętą występować
zaczęły, tyle razy przyjęte z bliska celnym kartaczowym ogniem traciły po
kilkunastu ludzi, mięszały się i umykały, a nasi ochotnicy stojący nibyto na
straży dział, nie czekając rozkazu, rzucali się na zmykających Moskali,
mordowali ich i zapędzali się za nimi aż do środka wsi; świeże szwadrony
moskiewskie zmuszały naszych do odwrotu, i znowu postępowały ku działom naszym;
lecz znowu potężnie rażone, umykały, i znowu przez naszych ścigane zasłaniały
się nowemi siłami. Bój taki już się był powtórzył kilka razy, już wieś cała
trupami moskiewskimi była założona; mała płaszczyzna nasza zdawała się być
twierdzą do niezdobycia, z której działa i wycieczki niszczyły nieprzyjaciela
potężnie. Sami nabijając i strzelając, towarzysze moi utrzymywali bitwę, puki
mieli naboje. Nabojów nie stało, działa umilkły, nieprzyjaciel śmielej nacierał;
już i piechota jego, z otaczającego lasu raziła nas ogniem swoim. Odtąd bój
rozpaczy trwał dopóty, dopóki połowa walczących rycerzy naszych nie poległa, a
druga połowa nie potraciła koni i nie pokruszyła broni na karkach moskiewskich.
- Odtąd bitwa ta była już tylko, walką pojedynczą rycerzy naszych. Nikt im nie
przewodził, a każdy z nich walczył, jakgdyby całą bitwę przyjął na siebie.
Tu Dębczakowski, co każdą bitwę nowemi ranami zapisał na piersiach
swoich, morduje nieprzyjaciela, dopóki ostatniej śmiertelnej rany nie odniósł.
Tam Borzęcki, starzec olbrzymiej siły, już sześciu rozpłatał - pęka mu
pałasz, on jeszcze pięściami zabija - porwał dwóch ułanów, stuknął ich łbami i
dwa trupy rzucił pod nogi swoje; wtedy dwie kule największych może tchórzów
godzą w pierś tego bochatera, co najchwalebniejszą śmiercią legł nałożu, które
sam sobie usłał z trupów moskiewskich. Tam w tłumie nieprzyjaciół Hieronim
Zaleski sam walczy; już i siebie i konia zajuszył; ginie w oczach jenerała
moskiewskiego, który po skończonej bitwie, męstwo jego kładąc za wzór oficerom
swoim, zwłoki jego uczcił pogrzebem wojskowym. Tam Wojciechowski sam jeden i
pieszo, broni działa, z którego paręset Moskali położył, sam jeden nie daje go,
dopóki krew jego nie popłynęła strumieniami. Tam Sawa już bez broni wyrywa się z
pomiędzy tłumu Moskali, ścigany, na wolniejszym nieco miejscu konia osadza,
zwraca, i na pierwszego ułana rzuca się z gołymi rękoma, wyrywa mu spisę, w
mgnieniu oka przebija go, i leci poić nową krwią moskiewską. Jemiołowski,
Freyberger, Rawscy, Ciechanowski i inni jak lwy się biją, Aleksander Sobański
uwija się jak szatan zniszczenia, wszędzie śmierć siejąc; w dniu tym samą spisą
dziewięciu z konia zsadził. Orlikowski to szablą uderza, to silnym głosem,
silniejszym jeszcze przykładem do męstwa zapala; gdy te nadludzkie wysilenia
wystarczyć nie mogą, gdy z ostatnimi bohaterami z placu ustąpić musiał, jeszcze
raz za bitwę Daszowską nazwał się przyczyną klęsk wszystkich, i nie czekając
odpowiedzi, z rozpaczy sam sobie życie odbiera. Bój ustaje - moskale otaczają
pole bitwy, na którem stały dwa działa nasze, strzeżone ciałami poległych
bohaterów.
Tak się skończyła ta krwawa bitwa. Moskale otrzymawszy pole, odebrali nam
wszystkie zdobycze, a nadto zagarnęli wiele wozów naszych, i prawie wszystkie
pieniądze: ale trwożliwi, jak zawsze, ścigać nie śmieli, i dozwolili siłom
naszym postępować w zamierzonym kierunku. Zwycięstwo Moskale przypłacili stratą
około czterystu ludzi; naszych bohaterów zginęło więcej jak pięćdziesięciu.
Przegrana pod Majdanem okazała jednak
wielki postęp naszego wojska, które się nie rozbiegło jak pod Daszowem.
Powstańcy cofnęli się w jednym kierunku, i prawie wszyscy zaraz się znaleźli.
Przez następne trzy dni szliśmy przez Zaince, Szrawkę i Kuźmin do granicy
galicyjskiej. Oddział nasz liczył wtedy jeszcze 700 ludzi i 1200 koni.
W dniu 26 maja w Satanowie przekroczyliśmy granicę z Galicją. Tam wnet otoczyło nas wojsko austriackie, zmuszając do oddania broni. Tak zakończył się szlak bojowy powstańców podolskich.
Źródła: Jełowiecki Aleksander, 1933 - Moje wspomnienia 1804 – 1831 – 1838. Wydawnictwo Zakładu im. Ossolińskich. Lwów.
Dla lubiących wpisywanie wszystkiego ręcznie podaję poniżej pełny adres:
|
minerals@redbor.pl |
JESTEŚ
GOŚCIEM
W SUMIE OD ZAŁOŻENIA WITRYNY W 2005 ROKU
ODWIEDZONO JĄ
JUŻ
RAZY